środa, 31 grudnia 2014

niedziela, 28 grudnia 2014

wtorek, 23 grudnia 2014

poniedziałek, 15 grudnia 2014

czwartek, 11 grudnia 2014

Kiedyś listonosz pukał

i to dwa razy
Teraz najpierw dzwoni domofonem
a kiedy nie słyszy się domofonu,
bo się na przykład odkurza,
to nic nie szkodzi,
bo pan listonosz i tak sobie jakoś poradzi
i wejdzie

poniedziałek, 24 listopada 2014

Noc z piątku na niedzielę tuż, tuż ;)

Obudziłam się dziś kilka minut po piątej
i to sama z siebie
Budzik ustawiłam na 5.30
(poniedziałki zaczynają się dla nas bardzo wcześnie),
ale nie zdążył zadzwonić

środa, 19 listopada 2014

Co tam aura za oknem

Pogoda - jaka jest - każdy widzi
ale od poniedziałku
w ogóle tego nie zauważam,
choć dopiero teraz mam czas,
żeby o tym napisać

poniedziałek, 17 listopada 2014

wtorek, 4 listopada 2014

Listopad, listonosz, list

Dziś pan listonosz przyniósł mi list
polecony
- z Unilevera - oświadczył wręczając mi kopertę
Zdziwiłam się nieco,
bo przecież rozwiedliśmy się
dopiero co


sobota, 1 listopada 2014

sobota, 18 października 2014

Goście, goście

Kiedy wyprowadzaliśmy się z naszego mieszkania na Ursynowie
i przeprowadzaliśmy się na Mokotów,
najbardziej żal nam było rozstania z sąsiadami


poniedziałek, 13 października 2014

Hormonogilda

...czyli te dni, kiedy jestem totalną jędzą
warczę, kipię złością
a stężenie jadu w wydychanym powietrzu
przekracza wszelkie dopuszczalne normy
Jestem jednym, wielkim, złośliwym hormonem
a ciało to tylko przebranie...


środa, 8 października 2014

Jak gdyby nigdy nic...

...życie płynie
Zuzia zagorączkowała
na szczęście na krótko
Dziś obie z Julą
w podskokach
niemal pofrunęły
do ukochanego przedszkola
(kto by przypuszczał...)


niedziela, 5 października 2014

Za chwilę idę spać...

Nie wiem, jak długo będę żyć na tym świecie
ale przy odrobinie szczęścia
jutro około 5.30 obudzę się
w duchu myśląc sobie,
że ta pora do wstawania
taka nieludzka


Mysia dziura...

...z dobrym oświetleniem by się przydała


Popijam sobie kawę orkiszową(na słoiczku rysunek świętej Hildegardy
- mam ja z tymi świętymi... ;)
przeglądam Wysokie Obcasy
i łamię tajemnicę korespondencji


środa, 1 października 2014

Jeśli święty Tomasz pozwoli...

...dziś zamieszczam jeden z moich ulubionych tekstów
Sama bym tego lepiej nie ujęła
A co i rusz czuję, że wiele z poruszonych tu kwestii 
bardzo mnie dotyczy
Właściwie wszystkie... ;)


poniedziałek, 29 września 2014

Nie taka znowu awaria...

Co i rusz ktoś mówi/pisze/dzwoni do mnie i mówi:
- wiesz, ten twój blog, to wcale nie taka znowu awaria,
całkiem fajnie się czyta... niektóre rzeczy... ;)


czwartek, 25 września 2014

Dobre Duchy, Bratnie Dusze


Jedne i drugie dobrze, że są
Bez Nich trudno byłoby iść przez życie
Wspierają, kiedy jest się w potrzebie
Można razem umierać ze śmiechu
albo popłakać sobie czasem

wtorek, 23 września 2014

There must be an Angel playing with my heart

Od wczoraj trenuję 3 razy w tygodniu (i tak już do końca życia ;)
Poniedziałek, środa, piątek - łatwo zapamiętać
Na początek przewidziane są tylko rowerki
w pierwszym tygodniu 2 razy po 50 minut,
od drugiego tygodnia 3 razy po 60 minut


poniedziałek, 22 września 2014

Co za poniedziałek!

Nasza drużyna siatkarska zdobyła mistrzostwo świata
Po czterdziestu latach!!! - BRAWO!!!
A ja nie wytrzymałam do wizyty u Gacy,
którą mam za całą wieczność (a dokładnie za tydzień)
i już dziś weszłam na wagę (dobra, i ze 3 razy wcześniej, no góra 6 ;)


piątek, 19 września 2014

P.S.

(Dziś na bogato. Kto rozpisanemu zabroni ;)

Już, już prawie wychodziłam z domu, kiedy napisała do mnie koleżanka
Na privie napisała, więc nie zdradzam, kto zacz
Chyba, że sama zechce się zdradzić :)
Dość dawno nie widziałyśmy się 'na żywo'
Na zdjęciach wygląda rewelacyjnie


Poszczę i postuję ;)

Przez kilka ostatnich dni bolała mnie głowa
(Marcia zawsze powtarza: boli, to rośnie ;)
Nie tak cały czas, pobolewała raczej
Od czasu do czasu, raz mocniej, raz lżej
Myślę sobie, że to mój przebiegły organizm
Usiłował wyłudzić czekoladę
Z pewnością mając na uwadze wyłącznie moje niedobory żelaza,
bo przecież nie dla smaku (fuj)


wtorek, 16 września 2014

Yesterday, all my troubles seemed... closer than ever

Piję sobie kawę zbożową i pomyślałam sobie,
że napiszę krótko o tym, jak było wczoraj.
Pojechałam do Gaca Centrum,
które jest tak blisko mnie,
że grzechem byłoby tego nie wykorzystać.
Bardzo miła pani
i szczupła
(według Madziarowego systemu miar i wag
ważyła tyle, co moja lewa noga
- do kolana)
zabrała mnie do gabinetu,
wypytała o różne rzeczy,
a następnie zważyła i zmierzyła.


poniedziałek, 15 września 2014

Ahoj, Przygodo ^_^

Dziś o 13tej (happy hour? ;) mam pierwszą konsultację w Centrum Gacy
Wiele osób trzyma za mnie kciuki
Jest też wiele głosów na 'nie' ('daj spokój, to ściema, efekt jojo murowany')
Sama nie wiem, która grupa motywuje mnie bardziej ;)
Na wypadek wszelki dziękuję jednym i drugim <3


środa, 10 września 2014

niedziela, 7 września 2014

Księżyc dziś w pełni

a kiedy jest pełnia, nie mogę spać
pewnie dzięki temu właśnie
nie zasnęłam za kierownicą,
kiedy po koncercie 'Starsi Panowie w Kamienicy'
wracałam nocą do domu
piszę więc po powrocie na gorąco
(choć powietrze za oknem raczej chłodne)
skoro spać i tak nie mogę


piątek, 5 września 2014

Myślę sobie...

...że dla większości osób, które znam, to może być szok
Nie do wiary
A jednak...
Gołym okiem jest to niemal niezauważalne
i ubranie oka niczego tu nie zmienia
prędzej już przymrużenie


Z przymrużeniem oka lubię siebie najbardziej
(czasem tylko tak można ze mną wytrzymać)

No ale do adremu

Przyjrzałam się sobie w lustrze
bardzo dokładnie
Najpierw przymrużyłam oczy
później szeroko je otworzyłam 
patrzyłam jednym okiem
i drugim

z zamkniętymi oczami (i tyłem do lustra) było najlepiej...

Z poczynionych obserwacji wyszło mi,
że jednak mam lekką nadwagę
niedużą na szczęście ;)
jakieś 20 - 30 kilogramów

Po ostatniej próbie odchudzania
obiecałam sobie, że już nigdy więcej

Zaczęło się dobrze
zrzuciłam 6 kilogramów

a chwilę później byłam w ciąży
nie, nie pojedynczej
podwójnej!

I wtedy właśnie obiecałam sobie, że koniec z odchudzaniem
Nie mogę przecież co 6 kilogramów rodzić dzieci
poza tym mamy już komplet ;)

Minęło trochę czasu
żal mi się zrobiło tego ogromu wiedzy teoretycznej na temat odchudzania,
który przez lata posiadłam, i który to ogrom leży odłogiem i czeka

Teraz wystarczy tę wiedzę tylko wykorzystać i już

Kiedyś napisałam, że ten blog nie jest o odchudzaniu,
no ale skoro postanowiłam zmienić diametralnie styl życia,
to chyba jednak trochę będzie
Ale tylko trochę ;)

Zrobiłam sobie nawet zdjęcie 'przed',
żeby za jakieś pół roku zrobić zdjęcie 'po'
i cieszyć się zmianą

Praktycznie mentalnie już jestem szczupła
momentami zastanawiam się nawet, czy nie przesadziłam ;)
Teraz niech ciało podąży za duszą i umysłem

(Boszzz... gdybym wcześniej wiedziała, że to jest takie proste!)

W środę poszłam na wykład Gacy.
Co tu będę dużo pisać
zobaczcie sami
Też tak chcę
I nie zawaham się tego dokonać

Przeprosiłam moje ciało za dotychczasowe nadużycia i przeciążenia
Wprawiłam dobrą energię w ruch ;)

Klamka zapadła. Ponoć to, co zapisane ma większą moc sprawczą
Halo, czy Wszechświat mnie słyszy?
Życzenie wysłane.
I niech się dzieje.


A oto zdjęcie 'przed' i 'po' - wstępna symulacja:


Reszta dokumentacji zdjęciowej wiosną
(czego z całego serca sobie życzę)

Trzymajcie kciuki
Dziękuję :)

czwartek, 4 września 2014

Plan był taki:

Wczoraj rano miałam odwieźć Julę i Zuzię do przedszkola.
Później miałam mieć pół dnia dla siebie (!!!)
Żeby napisać o spotkaniu z Marcią

- Marcia wygląda tak:
Prawda, że jest śliczna? I tak cudownie szczupła. Stąd ksywka Pulpetta :)
I o tym, że nagadać się nie mogłyśmy
oraz naśmiać


robiłyśmy więc jedno i drugie jednocześnie
żeby żadnej chwili nie uronić
i żeby zużyć ją właściwie (chwilę, nie Marcię)

Miałam też napisać o tym,
że puszczałyśmy w niebo lampiony

I że Marcia nic a nic się nie bała (naprawdę!)
trochę tylko nie dowierzała, że polecą
ale cierpliwie i ze spokojem
trzymała lampion (najpierw jeden, później drugi)
aż wypełni się ciepłym powietrzem


I przepraszam, że zdjęcia są nieco niewyraźne,
ale 'spokój' Marci i mnie się udzielił,
więc rżałyśmy ze śmiechu obie (Madziare, żałuj, że Cię nie było :)
a kiedy ręce się trzęsą, to i ostrości na zdjęciach brak ;)

Aż w końcu... 
 Taaa daaam :)
Radość była wielka
I to nic, że puszczając pierwszy lampion
zapomniałyśmy pomyśleć życzenie
(przy drugim nadrobiłyśmy to z nawiązką)
A najlepsze było to, że dopiero, kiedy drugi lampion poszybował w niebo,
zauważyłyśmy to, co każdy z Was z pewnością zobaczy od razu...
Słupy i linie wysokiego napięcia na szczęście nie ucierpiały
Nie spowodowałyśmy nawet najmniejszego pożaru

I o tym wszystkim miałam (kot też miauuu) napisać
NA SPOKOJNIE wczoraj
ale rano Jula obudziła się z temperaturą 39 stopni.
Zuzia wystraszyła się, że będzie musiała iść sama do przedszkola
(bez przesady, przecież bym ją odwiozła...)
i przebiła Julkę temperaturą 40,4.
No. I tak to jest robić sobie plany.

Miało być na spokojnie,
a wyszło jak zwykle - w biegu.

Do życzenia lampionowego jeszcze wrócę,
bo wiąże się z miejscem, w którym byłam wczoraj,
a którym napiszę już niedługo
kiedy to Jula i Zuzia pójdą znów do przedszkola
a ja wreszcie będę miała pół dnia dla siebie

No bo kiedyś to chyba w końcu nastąpi??? ;)

wtorek, 2 września 2014

Marta, Marcia, Pulpetta

1. września - przeżyty :)
Piotr już w gimnazjum. Będzie się działo.
Albo i nie. No bo niby co takiego ma się dziać?
(ciiiiii... będzie co będzie, nie uprzedzajmy faktów ;)
Kuba w czwartej klasie. U pani Heleny - poprzedniej wychowawczyni Piotrka
(fantastyczna kobieta i świetna nauczycielka)
 Jula i Zuzia pomaszerowały dzielnie do przedszkola
(trala la la la la la la la la la)


Na miejscu dzielna była głównie Jula.
Zuzia głównie chciała wracać do domu ;)
Później było już lepiej. Podobno.
I są w grupie pani Kasi, tak jak 10 lat temu Piotrek
Historia kołem się toczy ;)

A dziś - już za chwileczkę, już za momencik jadę do Piotrkowa.
Odwiedzę Tatę, wypiję kawę z Beatą z Nieba na talerzu
 - jeśli pogoda pozwoli, to na Jej cudnym tarasie na dachu,
który to dach jest w środku miasta, a ma się wrażenie (poniekąd słuszne)
że jest się w niebie (o czym nieco więcej już wkrótce).
I nawet czasem talerz nie jest potrzebny ;)

No i spotkam się z Martą !!!!!!!!!!!!!!!!
:)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))
Moja Przyjaciółka Marcia od lat mieszka w Londynie.
Od czasu do czasu przylatuje do Polski na kilka dni.
I ów odczasdoczas właśnie się dzieje :)
Z Marcią znamy się od podstawówki.
Kocham Ją jakniewiemco.
O czym c.d.n...

niedziela, 31 sierpnia 2014

Podróże w czasie i przestrzeni

Wczoraj czas zawrócił bieg. Na chwilę. Na krótko.
I było to szalenie, szalenie fajne.
Pojechaliśmy na Morgi.
Szczep harcerski Matecznik (ech, co za czasy...)
świętował 25lecie istnienia.
Zjechała stara wiara (ale za to w sile wieku)
Młoda wiara też była - a jakże!
Odżyły wspomnienia tego beztroskiego czasu...
kiedy uśmiech nie schodził nam z gęby ni z serca


kiedy nie było telefonów komórkowych
a mimo to byliśmy ze sobą w nieustannym kontakcie
nie tym wirtualnym
ale twarzą w twarz, albo biodro w biodro
- w zależności jakim pokotem spało się na biwaku, czy obozie ;)
Przez cały wczorajszy dzień przepełniała mnie radość,
że miałam tak fajne dzieciństwo i nastolęctwo.
Każdy z nas miał w życiu jakieś mniej lub bardziej trudne sytuacje rodzinne
Ale na biwaku, obozie ważne było tylko tu i teraz...
Tu i teraz... - coś, czego dziś się uczę.
Kiedyś umiałam tak żyć - a teraz być może wystarczy sobie przypomnieć
I nie zamartwiać się zbytnio o to, co jeszcze się nie wydarzyło
ani nie odpływać za daleko we wspomnienia
Żeby nie przegapić bezcennego 'tu i teraz'
jedynej czasoprzestrzeni, w której dane nam żyć :)
To moja lekcja z wczoraj.

Tak dobrze było uściskać się ze wszystkimi.
Minęło tyle lat, a nam gadało się tak, jakbyśmy rozstali się wczoraj.
Jurek Stolarz - mój pierwszy Drużynowy (nic a nic się nie zmienił)
Jonek nadal tak samo postrzelony i z bananem na twarzy
Wodzu, Małgosia, Ela, Sopelek, Włodson, Kasia, Sylwek,
Monika, Adam, Jurek z Agatą, Belfegor Duży i Mały, Ściana...
No i MARCELINA!!! Nie poznałam Jej, kiedy się witałyśmy.
Bardzo zmieniła się od czasu, kiedy widziałyśmy się ostatnio.
Ale w oczach ma ten sam blask i radość.
I bije od Niej taka energia, otwarcie na ludzi, na to, co wydarza się wokół...
Chodząca afirmacja życia :)
Piękna, cudowna Kobieta, emanująca niewyczerpanymi pokładami ciepła.

Nie dam rady wymienić tu wszystkich.
Boże, dzięki Ci za wszystkich fantastycznych ludzi,
których nieustannie spotykam na mojej drodze
Piszę to i uśmiech z gęby mi nie schodzi :)
Pobędę sobie jeszcze kilka chwil w tym stanie...

niedziela, 24 sierpnia 2014

Sennie jesiennie

Koniec wakacji zwykle jest dla mnie trochę smutny.
Za kilka dni nie będzie można już leniuchować w łóżku do dziewiątej.
Rok szkolny wymusza pewien określony rytm
i czasem trudno dotrzymać mu kroku.
 Do czerwca docieramy z zadyszką i wywieszonymi językami ;)


Zbliżający się wielkimi krokami wrzesień

ma w tym roku i dobre strony:
Jula i Zuzia idą do przedszkola!!!
Jupiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii :)
A to oznacza, że kawałek czasu w ciągu dnia
będę miała tylko dla siebie. 
Bezcenne.

Po naszym pobycie na uroczym agroturystycznym Rancho Konik,
zamarzyła mi się ostatnio kawa z mlekiem kozim.
Nabyłam zatem drogą kupna trzy rodzaje mleka koziego,
z nastawieniem, że znajdę przynajmniej jedno dobre (w smaku i jakościowo).
Niestety. Wszystkie trzy rodzaje mleka śmierdziały
i ogólnie były nie do wypicia.
Sprawdziłam skład.
Na każdym opakowaniu były wyrazy, których znaczenia nie rozumiałam
i nawet przy czytaniu się jąkałam.
Jeden z tych trudnych wyrazów z pewnością był
egzotycznie brzmiącą nazwą dla ekstraktu z kopyt kozy.
W każdym razie zapach na to wskazywał.

I tu przesyłam tęskne pozdrowienia dla Melisy,
która chętnie obdzielała nas swoim mlekiem.
Mleko Melisy było smaczne i - jak słowo daję -
nie pachniało kozą.

Kuba (po lewej) i Melisa ;)
A tymczasem Mąż znów się pięknie przypochlebił:


Pieczonym chlebem pachnie w całym domu.

Kiepsko mi idzie dotrzymanie sobie obietnicy,
że chleb będę jadła tylko na śniadanie.
Kromka takiego chleba z masłem to niebo w gębie.
Krzysiek doszedł w pieczeniu chleba do perfekcji.
Jakże by inaczej ;)



czwartek, 14 sierpnia 2014

Gdy bezsilność i lęk *

nie dopuszczam
myśli
zbyt trudnych
zamyśleń


w przedsionku
świadomości
tłoczą się
urojenia
do ujścia
płazem
gady dzikie
nieujarzmione
nieliczne
tylko
prawdziwe 

________________________
* w nocy śnił mi się pożar w moim domu rodzinnym
a dzień później dowiedziałam się, że mój Tata jest w szpitalu
no i lęki różne mnie dopadły...

środa, 13 sierpnia 2014

W przepływie

ten czas
zaraz się skończy
przeminie
słońce we włosach
zapach wiatru
i turkus wody
pod powiekami

ciepły piasek
zamknięty
w klepsydrze
zmarszczka
kolejna (koleina ;-)
od uśmiechu
* * *
'Kreatywność jest aromatem indywidualnej wolności' - Osho
OSHOłomiona
- tym, co można ;-)

niedziela, 10 sierpnia 2014

Tajemnica zaginionego pierścionka

Nie tak dawno śmiałyśmy się z Madziare, że do większości tytułów filmów tłumaczonych na język polski koniecznie musi być dodane  słowo 'tajemnica'. Jakby był to magiczny magnes, który przyciągnie do kin znacznie więcej widzów, niż gdyby 'tajemnicy' w tytule nie było.
I tak: 'Philomena' to u nas 'Tajemnica Filomeny', a 'Brokeback Mountain to 'Tajemnica Brokeback Mountain' itd.
Bez tajemnicy dziś ani rusz.
 
Kocham tajemnice i zagadki. Ciekawią mnie różne zjawiska nadprzyrodzone, rzeczy, które trudno wyjaśnić.
Wierzę w Boga/Siłę Wyższą/Ducha Wszechświata i opiekuńcze anioły.
I im dalej w las, tym częściej przytrafiają mi się różne ciekawe sytuacje, które potwierdzają, że są na tym świecie rzeczy, o których się nie śniło filozofom. Niektóre z nich na upartego dałoby się jakoś w miarę logicznie wytłumaczyć. Ale jest coś, w co nie wierzę - nie wierzę w przypadki.
W czasie naszych rodzinnych wakacji kupiliśmy Kubie łuk i strzałę. Zestaw ów Kuba sobie zażyczył, kiedy byliśmy w skansenie w Sierpcu (sklep z pamiątkami to żelazny punkt programu większości wypraw różnych). Po powrocie do naszej kwatery (Rancho Konik - cudne miejsce) Kuba nic, tylko strzelał z łuku. Cały czas jedną strzałą, bo tylko jedna była w pakiecie z łukiem.
Kiedy już strzelanie trochę mu się znudziło, zapytał mnie, czy też mam ochotę sobie strzelić z łuku. Ochotę miałam. Widziałam, jak Kuba strzelał. Strzała leciała kawałek i spadała niedaleko. Pomyślałam, że to nic trudnego, naciągnęłam cięciwę najmocniej jak się dało i... strzała poleciała hen daleko za ogrodzenie gospodarstwa.
Kuba zaniemówił. Nie, nie z wrażenia. Raczej ze złości. To była jego jedyna strzała. Powiedziałam Kubie, żeby się nie martwił i że na pewno uda nam się ją znaleźć. Sama w to nie wierzyłam, ale poszliśmy szukać.
Za ogrodzeniem zaczynały się zarośla i olbrzymia polana, na której wysuszona trawa miała kolor zaginionej strzały - żeby było 'łatwiej' szukać ;-)
'No to pięknie. W życiu jej nie znajdziemy' - pomyślałam i ruszyłam na poszukiwania. Kuba też szukał.
Strzała była tu igłą w stogu siana.
Totalna beznadzieja. Niby to tylko strzała, ale kiedy jest się matką, która ma do siebie wiele zastrzeżeń, to odnalezienie strzały, którą się zgubiło własnemu dziecku, jest czymś naprawdę ważnym.
Wracając do beznadziei - przypomniałam sobie o świętej Ricie. Kiedyś opowiedział mi o Niej Tata Krzyśka. Żyła na przełomie XIV i  XV wieku. Nie będę przytaczać jej życiorysu, kto chce, niech sam przeczyta. Święta Rita jest specjalistką od spraw beznadziejnych. Odkąd się o tym dowiedziałam, jestem z Nią w bliskim kontakcie ;-)
Chodząc po tej łące, poprosiłam Ją o pomoc. Wytłumaczyłam w czym rzecz i prosiłam, żeby pomogła mi znaleźć zgubę. Wiem, brzmi dziecinnie. Ale chwilę później stanęłam przed strzałą. Tak po prostu.
Opowiedziałam o tym Martynie. Chyba święta Rita Jej nie przekonała ;-) Madziare też się zwykle ze mnie nabija. Wiem, jestem trochę nawiedzona ;-)
Właściwie to sama zaczęłam się zastanawiać, jak to jest. Może to zwykłe przyciągnie? Albo rzeczywiście czysty przypadek?
No ale ja przecież nie wierzę w przypadki.
Wczoraj znów tego doświadczyłam.
Krzysiek pływał na desce, a ja poszłam nad morze. Znalazłam wolny leżak, rozłożyłam ręcznik, zostawiłam rzeczy i poszłam się wykąpać. Już w morzu przypomniałam sobie, że na małym palcu mam srebrny pierścionek, który kupiłam w Barcelonie. Coś mówiło mi, żebym wróciła i zostawiła go w torbie, ale nie chciało mi się wracać. Wcześniej też w nim pływałam i nic się nie stało. Zostałam. Kiedy po pewnym czasie wyszłam na brzeg, pomyślałam, że nie mam ochoty leżeć na leżaku. Położyłam się na piasku. W tej części plaży prawie nikogo nie było. Od czasu do czasu ktoś przechodził obok. Leżałam na mokrym piasku, co i rusz chłodziły mnie fale. Było mi bosko. Leżałabym tak jeszcze długo, gdyby nie słońce, które świeciło bardzo mocno (jak zwykle o tej porze roku, w tej szerokości geograficznej). Chciałam usiąść w cieniu i poczytać. Cała byłam oblepiona piaskiem. Weszłam więc do morza - tylko na chwilę, żeby się opłukać.  Przy brzegu było sporo śmieci, które wyrzuciło morze. Musiałam wejść głębiej. Kiedy woda sięgała mi do ramion i kiedy na tej głębokości pozbywałam się piasku z kostiumu, poczułam jak pierścionek zsuwa mi się z palca. Usiłowałam go złapać, albo przynajmniej dojrzeć gdzie opadnie, niestety na próżno. Fale mąciły wodę. Na tej głębokości trudno było zobaczyć cokolwiek na dnie. Delikatnie sprawdzałam stopami, czy nie leży gdzieś w pobliżu. Myślałam sobie, że przecież nie mógł odpłynąć daleko. Kiedy już sprawdziłam miejsce, w którym stałam, zaczęłam powoli przesuwać się w stronę brzegu. Fale mogły go wyrzucić na piasek albo na kamienie. Kilka razy widziałam coś błyszczącego na dnie, ale okazało się, że to tylko małe kamyki. Straciłam nadzieję. A  bardzo przywiązuję się do różnych bibelotów. Pomyślałam nawet, że to dla mnie lekcja, żeby się nie przywiązywać, puszczać, pozwalać rzeczom przemijać, odchodzić. No dobra, rozwój rozwojem, ale... JA CHCĘ MÓJ PIERŚCIONEK! (taka jestem rozwinięta ;-) Spędziłam sporo czasu na kolanach, przeglądając kamienie przy brzegu. Pierścionek mógł być wszędzie. Chciałam iść i kupić maskę z rurką, żeby dalej szukać, ale kiedy obejrzałam się za siebie, to już nawet nie byłam pewna, gdzie mniej więcej stałam, kiedy pierścionek spadł mi z palca. Beznadzieja. W dodatku morze z falami to nie łąka, a pierścionek na dnie to nie strzała. Weszłam jeszcze raz głęboko do wody. Wytężałam wzrok, żeby cokolwiek widzieć na dnie i prosiłam świętą Ritę o pomoc. Powiedziałam, że wiem, że proszę o coś niemożliwego i wiem, że to tylko pierścionek, ale bardzo go lubię i jeżeli pomoże mi go znaleźć, to napiszę o Niej na blogu - z tonu błagalnego przeszłam w żartobliwy - święci mają chyba jakieś poczucie humoru? ;-)
Tak, wiem... Brzmi to dziecinnie, wręcz infantylnie. Ale po chwili znalazłam mój pierścionek! Błyszczał na dnie, które ledwie widziałam w mętnej wodzie. Wyłowiłam go delikatnie palcami u stopy i cieszyłam się jak dziecko.
Zgodnie z umową opisuję, jak było :-)
P.S. Święta Rita zmarła kilkaset lat temu. Jej ciało znajduje się w sarkofagu we włoskiej miejscowości Cascia i do dziś pozostaje w stanie nienaruszonym (bez balsamowania i bez jakichkolwiek innych zabiegów 'konserwujących')

sobota, 9 sierpnia 2014

O wietrzności

- Nie rozumiem tutejszego wiatru - oznajmił z powagą Krzysiek, kiedy wrócił po niespełna dwóch godzinach zmagań z deską surfingową, żaglem, falami i tym okrutnym, niezrozumiałym wiatrem.
 
Rozbawił mnie. No rzeczywiście, co też wiatr mógł mieć na myśli, kiedy nieoczekiwanie zmienił kierunek i rzucił o fale Mężem mym... Ciekawe... Wietrzymy tu jakiś podstęp :-D
Ja natomiast doszłam do tego samego wniosku, jak zawsze, kiedy jestem w takim miejscu.
Otóż pływanie na golasa w ciepłym morzu to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy na świecie.
I tyle tylko chciałam dziś powiedzieć ;-)

piątek, 8 sierpnia 2014

Trwaj, chwilo

W nocy z środy na czwartek w ogóle nie poszłam spać. Pakowanie zajmuje mi zwykle sporo czasu. Na lotnisku mieliśmy stawić się o czwartej nad ranem.
Zrobiłam sobie kawę i spokojnie dorzucałam do walizki to i owo.
Nie przepadam za lataniem. Część lotu przespałam. Nie obyło się niestety bez turbulencji. Ściskałam Krzyśka rękę prawie jak przy porodzie ;-)
 
Na wyjazd zabrałam kilka książek,w tym trzy kryminały szwedzkiej pisarki Camilli Läckberg. Zaczęłam czytać Läckberg po skończeniu Millennium. Nie ukrywam, że Stieg Larsson trochę mnie zdenerwował. Napisać coś tak wciągającego jak Millennium i niedługo potem umrzeć - zamiast pisać zapierające dech w piersi kryminały do późnej starości...
Myślę, że nie tylko ja się wkurzyłam.
Läckberg zapowiadała się bardzo dobrze. Młoda, zdrowa, pisze ciekawie.
Oby żyła i pisała jak najdłużej.
No i wciągnęła mnie jej saga.
Kiedy byłam w ciąży, jedna z głównych bohaterek - Erica - też zaszła w ciążę.
Ja urodziłam bliźniaczki, Erica też urodziła bliźniaki.
Kiedy wczoraj przyjechaliśmy z lotniska do hotelu, okazało się, że nasz kompleks wypoczynkowy składa się z kilku piętrowych domów. Każdy z domów ma kobiece imię.
Nasz ma na imię... - surprise, surprise
- Erica :-)
Kiedy czytam, jestem jak dziecko.
Przesiąkam tym światem.
I wierzę, że te osoby żyją naprawdę.
Tak samo miałam, kiedy czytałam 'Dzieci z Bullerbyn'. Żyłam ich życiem przez dobrych kilka lat. I wiem, że nie ja jedna ;-)
Dziś odsypiałam moje niedospanie.
Nad morze poszliśmy późnym popołudniem. Fale ciepłej, słonej wody unosiły mnie i kołysały lekko. Kocham ten stan.
Z plaży widać grecką wyspę Kos.
Zatęskniło mi się za Kretą i za babskimi wakacjami z Madziare i Marcią.
Ech... 
Cisza i względny spokój - nie licząc jednego chłopca, któremu matka kupiła gwizdek (drodzy rodzice... GWIZDEK???!!! na plażę???  POWAŻNIE???!!!). Chłopiec bawił się nim w wiadomy sposób w wodzie. Brzmiało to jakby ktoś w nieskończoność odtwarzał scenę z 'Titanica', w której Rose znajduje gwizdek i gwiżdże resztką sił za odpływającą szalupą ratunkową.
Książka i szum morza pochłonęły mnie w końcu bez reszty.
My tu odpoczywamy, cieszymy się morzem i słońcem, a obok nas życie tętni, ludzie zajmują się swoimi sprawami, rodzą się dzieci... (i kiedyś na pewno będą mieć gwizdek ;-)
Wczoraj urodziła się Ofelia Crèpy. Witaj na świecie, Maleńka. Życzę Ci pięknej podróży przez Życie :-*

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Po przyjeździe, przed wyjazdem...

...czyli wakacje w rozkwicie.

Spędziliśmy tydzień na fantastycznym odludziu.
(Rancho Konik w Rogowie)
Nie żeby od razu tam nikogo nie było,
ale dało się nas policzyć na palcach zaledwie dwóch rąk.


Warunki nieco polowe (toaleta i umywalka na miejscu,
łazienka z prysznicem w zagrodzie głównej),
ale o to nam w te wakacje chodziło.
Domek w lesie pomieścił całą naszą szóstkę.
I było nam bardzo, bardzo przytulnie.
Dagmara i Bogdan - gospodarze przemili i gościnni.
Z sercem na dłoni. I jaka kuchnia... mmmmmm...
A do tego Hesta - piękny, czarny, prawdziwy koń,
Pako, Fifi i Krzyś - urocze pieski trzy
oraz Melisa - czarująca koza (dziękujemy Ci, kochana, za pyszne mleko :)

Po drugiej stronie polany, między drzewami,
stał namiot Beaty (ciocia Abata - mówi Zuzia) i Tomka.
Doborowe towarzystwo do pogadania, pośmiania i pośpiewania.
Bez Nut :)
(po ciemku nie tylko nut nie było widać ;)

Kocham lato.
Gorące powietrze, chłód wody w jeziorze,
zapach lasu, ognisko, niebo w nocy i spadające gwiazdy.
Przypomniały mi się obozy harcerskie.
Zwłaszcza mój pierwszy. Walne, nad jeziorem Blizno.
Miałam 12 lat. Któregoś dnia, jakoś chyba na początku obozu,
siedziałam sobie pod drzewem i nagle Go zobaczyłam.
Wychodził z sąsiedniego obozu. Wysoki (jak nic 2 metry - myślałam wtedy ;)
chudy, opalony, bujna czupryna czarnych włosów,
lekko skośne, czarne oczy.
Patrzyłam na Niego i myślałam sobie - boski.
To chyba wtedy dotarło do mnie, że kiedyś tam będę miała męża, dzieci.
W głębi mojego dwunastoletniego serca zapragnęłam,
żeby mój mąż - kiedy już się odnajdzie - był taki jak On.
Uważajcie, o czym marzycie ;)
Od tamtego lata minęło (liczę... )
... 28 lat.
A ja i On od 24 lat jesteśmy razem.
Czasem słońce, czasem deszcz - wiadomo.
Kilka burz...
Dziś - gdybym mogła wybierać raz jeszcze - znów wybrałabym Jego :)

4U, my Love :*

Z wiekiem robię się coraz bardziej sentymentalna ;)

W weekend pralka pracowała na najwyższych obrotach.
W tym upale wszystko schło błyskawicznie.
Rzeczy Piotrka dostały palmę pierwszeństwa.
Piter miał jeden dzień na przepakowanie się.
Dziś rano pojechał na obóz sportowy.
Bez wylewnych pożegnań.
'Mamo, to przecież tylko 10 dni'
Wiem, wiem...
(no nie wyrywaj się, jeszcze tylko chwilę Cię poprzytulam ;)

Dziś czeka mnie pakowanie kolejnych walizek.
Jutro Julka, Zuzia i Kuba jadą na kilka dni do Babci Ani i Dziadziusia Stasia :)

A ja i Krzysiek lecimy sobie pobyć ze sobą.
Ze sobą - ze sobą i ze sobą - we dwoje.
Krzysiek będzie mógł posurfować,
ja poczytam i popławię się w ciepłym morzu.
Tra la la la la la la la la la :))))))))))))))

Życie jest piękne <3

czwartek, 24 lipca 2014

W czwartek o wtorku na poduszce

Kiedy jest się matką czwórki dzieci i kiedy w wakacje cała czwórka przebywa akurat w domu,
modlitwa o pogodę ducha jest po prostu nieodzowna.
I miłość nie ma tu nic do rzeczy, bo wiadomo, że się kocha, ale...

Ktoś kiedyś powiedział, że wnuki są nagrodą za to, że się nie zabiło własnych dzieci...
Coś w tym jest ;)
Bywają też dni, kiedy żadne modlitwy i zaklęcia nie działają, i kiedy po prostu trzeba na trochę uciec.

W trosce o życie latorośli i o resztki mojego zdrowia (?) psychicznego, zaprosiłam do domu ulubioną ciocię Danusię (Niania spędza wtorki ze swoimi wnukami - syn Niani szczęśliwie przeżył - znaczy się, ale to akurat w ogóle mnie nie dziwi, bo Niania, która jest z nami od lat dwunastu, jest chodzącym aniołem i uosobieniem cierpliwości - ale o tym innym razem).
Ciocia Danusia jest najbardziej rockendrollowa ze wszystkich cioć.
Ma niespożyte pokłady energii, gania z Julką i Zuzią na czworaka, przynosi ulubione drożdżówki, pozwala dziewczynom chodzić w swoich butach i w ogóle jest super!

Ciocia Danusia w dom, a ja w nogi. I niech gorszy się, kto chce.
Z radością i jak na skrzydłach poleciałam w te pędy spotkać się z Madziare.
Umówiłyśmy się w centrum na 'patelni'.
Kiedy wyszłam z metra, Madziare przysłała mi sms: 'czekam na patelni w cieniu'
I słońce akurat zaszło, ale nic to, bo Madziare jest zawsze kolorowa.
Od razu Ją wypatrzyłam.

I tu niezbędne didaskalia.
Madziare jest świetnym fotografem. Ma fantastyczne poczucie humoru.
Wiele lat temu zaczęłyśmy jeździć razem na babskie wakacje i za każdym razem było bosko!
O naszych wakacjach napiszę kiedyś nieco obszerniej (a może lepiej nie?... ;)
I w ogóle Ją uwielbiam. W całości.
I mam nadzieję, że kiedyś Madziare napisze książkę, albo przynajmniej zacznie pisać bloga,
bo ma lekkie pióro, cięty, dowcipny język i styl absolutnie niepowtarzalny.
A do tego przychodzi Jej to z bezwysiłkową łatwością, czego szczerze Jej zazdraszczam.

Wiadomość od Madziare sprzed kilku dni:
'Wczoraj miałam sesję ciążową z laską, która przed ciążą ważyła 44 kg...
To pewnie tyle, co moja noga... Do kolana... '

Ot, taki przykład. Taaa... Obie lubimy dobre jedzenie. Za bardzo ;)

Skoro już o tym mowa...
Madziare myślała, że ten blog jest o odchudzaniu.
Prostuję zatem: absolutnie nie.
Niewykluczone, że wspomnę o zdrowym trybie życia - cokolwiek to znaczy
(jeśli coś na ten temat przeczytam, albo dowiem się o czymś, co mnie zaciekawi)
Tu chcę pisać o wszystkim, co mi chodzi po głowie -
- żeby móc poczytać sobie, kiedy będę już starowinką
- o ile - przy odrobinie szczęścia - starowinkowych lat dożyję ;)
Koniec didaskaliów.

Z Madziare pojechałyśmy do Stacji Mercedes.
Kawałek fajnej zieleni w centrum Warszawy.
Drzewa, trawa, leżaki, gigantyczne poduchy
i miła pani, która donosi zimną wodę z cytryną
lub też co tam kto sobie życzy.
Przeleżałyśmy na tej wielkiej poduszce pół dnia.
Gadałyśmy o wszystkim i o niczym (o dzieciach prawie wcale)
Śmiałyśmy się do rozpuku (to lubimy najbardziej)
Miałyśmy głupawkę za głupawką (jw)
Ponarzekałyśmy (tylko troszkę)
Byłyśmy też chyba nieco niepoprawne politycznie / językowo.
Politycznie - bo zamówiłyśmy izraelską pitę.
Językowo - bo któraś z nas (naprawdę nie pamiętam, która) przejęzyczyła się
i powiedziała pani, że prosimy o izraelską pytę.
Tu nastąpiła kolejna głupawka, a potem następna i jeszcze jedna...

Madziare - ajlawju!

niedziela, 20 lipca 2014

Północnie

Chodzę i się lepię. I poruszam się trzy razy wolniej niż zazwyczaj.
Wczoraj odwiozłam Agatkę (Kakuś - mówią dziewczyny).
I przyjechała Ewczi - Ewa - mama Agatki (ciociu Eło - woła Zuzia)
Jutro jedziemy do Zgierza. Ciocia Magdalena zaprosiła nas na imieninowy obiad.
Prezent zakupiony: krem i książka.
Przy okazji nabyłam sobie kilka odcieni niebieskiego lakieru do paznokci.
Znalazłam śliczny granatowy. Taki atramentowy. Lekko połyskujący.
Kiedyś uwielbiałam. I fiolet.


Krzysiek upiekł chleb - pięknie się przypochlebił ;)
Sam zrobił zakwas. Z mąki razowej i wody.
Ja tylko zmieliłam orzechy, dorzuciłam siemię lniane, pestki słonecznika i dyni.
Absolutne niebo w gębie.

Dochodzi północ. Padam z nóg. Dosłownie. Słaniam się na nogach ze zmęczenia.
Po szeregu prań załadowanych, wyjętych, powieszonych, złożonych.
Marzę już tylko o tym, żeby pójść spać.
Zeszyt z listem do Ann - pod stosem książek przy łóżku. Zakurzonych...
Myślę sobie / łudzę się, że od września będzie mi trochę łatwiej.
Chłopcy w szkole, dziewczynki w przedszkolu.
Kawałek dnia będzie tylko mój. Can't wait

Dobranoc :)

środa, 16 lipca 2014

Bo to jest tak:

Stoję sobie i popełniam obiad.
Kurczę grillowane, dodatek skrobiowy i zielona sałata
z jogurtem naturalnym firmy Zott
- dla mnie najlepszy z jogurtów (czy to już lokowanie produktu? ;)
Stoję, robię różne rzeczy, jest piękna niedziela i w trakcie czynności obiadowych
post sam pisze mi się w głowie.


Jest elokwętny żę ho ho, dofcipny i błyskotliwy - a jakże.
Niestety ręce w kurze i ziołach uniemożliwiają natychmiastowe zapisanie owych myśli,
co to po głowie się mi snują.
Myślę sobie - nic to - będę pamiętać, później zapiszę.
Guzik. Chwilę później jest środa, godzina popółnocna a nawet nadranna
- chociaż jaka się opublikuje na blogu - pojęcia bladego nie mam.
Tu jakoś inaczej czas płynie i pokazują się te godziny dzikie zupełnie i nieprawdziwe.
Aż tak po nocach nie przesiaduję. Dziś tylko. I kiedy indziej bywa, że też :)

niedziela, 13 lipca 2014

Nie ogarniam...

...bloggera. Nie on jeden zresztą jest dla mnie nie do ogarnięcia.
Leniwa niedziela. W tle film z gazety. Niezbyt wciągający.
Piterson spakował manatki i wyprowadził się do rodziny zastępczej.
Do kumpla z klasy - znaczysię.


Kuba wymęczył kostkę rubika i trochę nas.
Gerlsy pozwoliły sobie zapleść warkoczyki.
Nie, nie mnie. Takie rzeczy to tylko Kakuś :)

sobota, 12 lipca 2014

Z cyklu: abstrakcyjne rozmowy przy obiedzie

Ja: Piter, wolisz kaszę jęczmienną, czy ryż?
Piotrek (bez choćby cienia uśmiechu): Wolę ryż. Jest bardziej chiński.
A ja kiedyś chcę być Azjatą

???!!!

Poczucie humoru dziwnie podobne po mamusinego ;)

Poranek idealny

...choć już prawie południe.
Mąż sporządza listę zakupów.
Nie jestem pewna, czy mogę Go wymienić z imienia.
A nuż nie zechce wystąpić w moim blogu?


Chociaż skoro piszę średnio co trzy lata, to pewnie nie zrobi Mu to różnicy ;)
Synkowie zgodnie skończyli grę na peesie
i dopisują do listy zakupów kremówki i napoleonki
(jestem silna, nie zjem ani jednej).
Będą też jagodzianki (aż tak silna nie jestem).
Córki nie mogą się zdecydować, czy lepić z ciastoliny, czy puszczać bańki.
Ciastolina cała w płynie. Trudno się nie wpienić ;)

Na pohybel niepamięci!

To, co wydarza się u mnie coraz częściej
- te, no... zaniki pamięci - skłoniły mnie w końcu do pisania.
W przeciwnym razie za 10 lat zapomnę o tylu ważnych rzeczach,
o których jednak wolałabym pamiętać.


Pisanie obarczone jest sporym ryzykiem.
Pewnie będę pamiętać też to, o czym wolałabym zapomnieć.
Albo nie napiszę nic istotnego.
Nic to.
Piszę dla siebie.
Kupamięci.

Obym pisała częściej niż raz na trzy lata ;)