niedziela, 24 sierpnia 2014

Sennie jesiennie

Koniec wakacji zwykle jest dla mnie trochę smutny.
Za kilka dni nie będzie można już leniuchować w łóżku do dziewiątej.
Rok szkolny wymusza pewien określony rytm
i czasem trudno dotrzymać mu kroku.
Do czerwca docieramy z zadyszką i wywieszonymi językami ;)

Zbliżający się wielkimi krokami wrzesień

ma w tym roku i dobre strony:
Jula i Zuzia idą do przedszkola!!!
Jupiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii :)
A to oznacza, że kawałek czasu w ciągu dnia
będę miała tylko dla siebie. 
Bezcenne.

Po naszym pobycie na uroczym agroturystycznym Rancho Konik,
zamarzyła mi się ostatnio kawa z mlekiem kozim.
Nabyłam zatem drogą kupna trzy rodzaje mleka koziego,
z nastawieniem, że znajdę przynajmniej jedno dobre (w smaku i jakościowo).
Niestety. Wszystkie trzy rodzaje mleka śmierdziały
i ogólnie były nie do wypicia.
Sprawdziłam skład.
Na każdym opakowaniu były wyrazy, których znaczenia nie rozumiałam
i nawet przy czytaniu się jąkałam.
Jeden z tych trudnych wyrazów z pewnością był
egzotycznie brzmiącą nazwą dla ekstraktu z kopyt kozy.
W każdym razie zapach na to wskazywał.

I tu przesyłam tęskne pozdrowienia dla Melisy,
która chętnie obdzielała nas swoim mlekiem.
Mleko Melisy było smaczne i - jak słowo daję -
nie pachniało kozą.

Kuba (po lewej) i Melisa ;)
A tymczasem Mąż znów się pięknie przypochlebił:


Pieczonym chlebem pachnie w całym domu.

Kiepsko mi idzie dotrzymanie sobie obietnicy,
że chleb będę jadła tylko na śniadanie.
Kromka takiego chleba z masłem to niebo w gębie.
Krzysiek doszedł w pieczeniu chleba do perfekcji.
Jakże by inaczej ;)