środa, 10 września 2014

Przechodź spokojnie przez zgiełk i pośpiech...

Dezyderata
Ten tekst wydrukowany i oprawiony w ramkę
stoi na stoliku przy moim łóżku
Czytam go często
żeby się wyciszyć
i nie zwariować...
...do reszty ;)


Wrzesień rozpoczął się dopiero co, a ja już zdążyłam zgubić się w windzie (!!!),
pomylić piętra i w ogóle.
Zawsze to lepiej, niż pomylić na przykład dzieci i zebrania szkolno-przedszkolne
Wczoraj zaliczyłam trzecie - na szczęście już ostatnie (w tym miesiącu)
I kiedy zgubiłam się w tej windzie przypomniało mi się,
co zrobiłam w ubiegłym roku szkolnym, bodaj w marcu (żeby to chociaż był wrzesień...)
Jechałam na zebranie do szkoły Piotrka i Kuby.
Piter był wtedy w klasie szóstej, Kuba w trzeciej.
Humor mi dopisywał, bo wcześniej spotkałam się z Madziare.
A że przy kawie miło nam się gadało, to nieco się zagadałyśmy
i na zebranie wyjechałam 'odrobinę' zbyt późno.
Do tego jeszcze zaczął padać gęsty śnieg
- jak to zwykle bywa, kiedy człowiek się spieszy (no oczywiście, że latem też ;)
Ulice w centrum (i zapewne wszędzie indziej) zakorkowały się w ułamku sekundy.
W zawrotnym tempie 30-40 kilometrów na godzinę udało mi się w końcu
dojechać na Ursynów i nawet zaparkowałam niedaleko szkoły
(co w dzień zebraniowy jest nie lada wyczynem ;)
Lecę spóźniona pół godziny (aaaaaa!!! - tyle to się jeszcze nigdy nie spóźniłam
na zebranie) i szybko porządkuję myśli - żeby jak najsprawniej trafić do właściwej sali:
Piotrek - szósta 'a' (to łatwo zapamiętać - klasa sportowa jest 'a')
Kuba - trzecia... ??? Zapomniałam. Najpierw był w 'e', ale po pierwszym roku klasę Kuby
rozwiązano (takich rzeczy się nie robi pierwszakom!) i podzielono.
Część dzieci trafiła do 'c', część do 'd'.
W trzeciej klasie nadal był w klasie... tej, do której trafił w drugiej (cholera 'c', czy 'd'???)
Z rozwianym włosem (na bank kilka mi po drodze osiwiało)
i obłędem w oczach wpadam do szkoły, sprawdzam listy i obstawiam klasę 'c'.
Biegnę do sali, po cichu zaglądam, a tam zamiast pani Eli, pani Krysia
(wychowawczyni Piotrka z klas 1-3).
Myślę sobie - nic, tylko źle spojrzałam i pomyliłam sale.
Lecę z powrotem dwa piętra w dół, żeby przy wejściu sprawdzić (tym razem dokładnie)
rozpiskę, ale na tam- jak byk - numer sali ten sam.
Lecę z powrotem dwa piętra w górę, bo coś mi świta, że numer sali się zgadza,
tylko pomyliłam drzwi.
(dodam, że na czas tych przelotów dół-góra-dół-góra, zegar nie stanął nawet na chwilę ;)
Pukam raz jeszcze, uchylam i im bardziej rozglądam się za panią Elą,
tym bardziej jej tam nie ma i widzę panią Krysię, która uśmiecha się do mnie serdecznie
(rodzice też mi się całkiem nie zgadzają, tych wcale nie znam)
I mówię (ale nie płaczę!):
- pani Krysiu, szukam trzeciej ce
- no ja jestem trzecia ce - odpowiada spokojnie pani Krysia
- jak to trzecia ce? przecież mój syn nie uczy się u pani?!
- no tak - odpowiada pani Krysia, patrzy na mnie z niepokojem i zaczyna mówić
b a r d z o   p o w o l  i   i  w y r a ź n i e:
- bo pani syn uczył się u mnie, ale to było dawno temu, teraz jest w szóstej klasie...
Rodzice (całe szczęście, że nikogo tam nie znam) coraz bardziej rozbawieni...
- pani Krysiu, no tak, ale mi nie chodzi o Piotrka. Piotrek to pamiętam, że jest w szóstej 'a'.
Chodzi mi o mojego drugiego syna - Kubę - który jest u Pani Eli
- a, u pani Eli - wzdycha z ulgą pani Krysia i mówi: - ale pani Ela to jest trzecia de
Rodzice położyli się ze śmiechu na ławkach.
A ja musiałam wyglądać mniej więcej tak:

...czyli jak przeciętna matka czwórki dzieci, która czasem nie ogarnia ;)

Po raz kolejny poleciałam na dół, żeby na rozpisce przy wejściu sprawdzić,
w której sali ma zebranie trzecia ce. To znaczy de! DDD!!!
Na zebranie weszłam spóźniona 45 minut!!!
Chociaż to zależy, jak na to patrzeć.
No bo według czasu angielskiego byłam o kwadrans za wcześnie ;)))

I tak to ze mną jest. Mój kolega z zespołu, w którym śpiewam,
mówi, że jestem taka uporządkowana...
Maćku, uporządkowana to ja zaledwie bywam :)
Ale obiecuję, że na dzisiejszą próbę przyjadę punktualnie.
Pamiętam, w której sali się spotykamy ;)