czwartek, 24 lipca 2014

W czwartek o wtorku na poduszce

Kiedy jest się matką czwórki dzieci i kiedy w wakacje cała czwórka przebywa akurat w domu,
modlitwa o pogodę ducha jest po prostu nieodzowna.
I miłość nie ma tu nic do rzeczy, bo wiadomo, że się kocha, ale...

Ktoś kiedyś powiedział, że wnuki są nagrodą za to, że się nie zabiło własnych dzieci...
Coś w tym jest ;)
Bywają też dni, kiedy żadne modlitwy i zaklęcia nie działają, i kiedy po prostu trzeba na trochę uciec.

W trosce o życie latorośli i o resztki mojego zdrowia (?) psychicznego, zaprosiłam do domu ulubioną ciocię Danusię (Niania spędza wtorki ze swoimi wnukami - syn Niani szczęśliwie przeżył - znaczy się, ale to akurat w ogóle mnie nie dziwi, bo Niania, która jest z nami od lat dwunastu, jest chodzącym aniołem i uosobieniem cierpliwości - ale o tym innym razem).
Ciocia Danusia jest najbardziej rockendrollowa ze wszystkich cioć.
Ma niespożyte pokłady energii, gania z Julką i Zuzią na czworaka, przynosi ulubione drożdżówki, pozwala dziewczynom chodzić w swoich butach i w ogóle jest super!

Ciocia Danusia w dom, a ja w nogi. I niech gorszy się, kto chce.
Z radością i jak na skrzydłach poleciałam w te pędy spotkać się z Madziare.
Umówiłyśmy się w centrum na 'patelni'.
Kiedy wyszłam z metra, Madziare przysłała mi sms: 'czekam na patelni w cieniu'
I słońce akurat zaszło, ale nic to, bo Madziare jest zawsze kolorowa.
Od razu Ją wypatrzyłam.

I tu niezbędne didaskalia.
Madziare jest świetnym fotografem. Ma fantastyczne poczucie humoru.
Wiele lat temu zaczęłyśmy jeździć razem na babskie wakacje i za każdym razem było bosko!
O naszych wakacjach napiszę kiedyś nieco obszerniej (a może lepiej nie?... ;)
I w ogóle Ją uwielbiam. W całości.
I mam nadzieję, że kiedyś Madziare napisze książkę, albo przynajmniej zacznie pisać bloga,
bo ma lekkie pióro, cięty, dowcipny język i styl absolutnie niepowtarzalny.
A do tego przychodzi Jej to z bezwysiłkową łatwością, czego szczerze Jej zazdraszczam.

Wiadomość od Madziare sprzed kilku dni:
'Wczoraj miałam sesję ciążową z laską, która przed ciążą ważyła 44 kg...
To pewnie tyle, co moja noga... Do kolana... '

Ot, taki przykład. Taaa... Obie lubimy dobre jedzenie. Za bardzo ;)

Skoro już o tym mowa...
Madziare myślała, że ten blog jest o odchudzaniu.
Prostuję zatem: absolutnie nie.
Niewykluczone, że wspomnę o zdrowym trybie życia - cokolwiek to znaczy
(jeśli coś na ten temat przeczytam, albo dowiem się o czymś, co mnie zaciekawi)
Tu chcę pisać o wszystkim, co mi chodzi po głowie -
- żeby móc poczytać sobie, kiedy będę już starowinką
- o ile - przy odrobinie szczęścia - starowinkowych lat dożyję ;)
Koniec didaskaliów.

Z Madziare pojechałyśmy do Stacji Mercedes.
Kawałek fajnej zieleni w centrum Warszawy.
Drzewa, trawa, leżaki, gigantyczne poduchy
i miła pani, która donosi zimną wodę z cytryną
lub też co tam kto sobie życzy.
Przeleżałyśmy na tej wielkiej poduszce pół dnia.
Gadałyśmy o wszystkim i o niczym (o dzieciach prawie wcale)
Śmiałyśmy się do rozpuku (to lubimy najbardziej)
Miałyśmy głupawkę za głupawką (jw)
Ponarzekałyśmy (tylko troszkę)
Byłyśmy też chyba nieco niepoprawne politycznie / językowo.
Politycznie - bo zamówiłyśmy izraelską pitę.
Językowo - bo któraś z nas (naprawdę nie pamiętam, która) przejęzyczyła się
i powiedziała pani, że prosimy o izraelską pytę.
Tu nastąpiła kolejna głupawka, a potem następna i jeszcze jedna...

Madziare - ajlawju!

niedziela, 20 lipca 2014

Północnie

Chodzę i się lepię. I poruszam się trzy razy wolniej niż zazwyczaj.
Wczoraj odwiozłam Agatkę (Kakuś - mówią dziewczyny).
I przyjechała Ewczi - Ewa - mama Agatki (ciociu Eło - woła Zuzia)
Jutro jedziemy do Zgierza. Ciocia Magdalena zaprosiła nas na imieninowy obiad.
Prezent zakupiony: krem i książka.
Przy okazji nabyłam sobie kilka odcieni niebieskiego lakieru do paznokci.
Znalazłam śliczny granatowy. Taki atramentowy. Lekko połyskujący.
Kiedyś uwielbiałam. I fiolet.


Krzysiek upiekł chleb - pięknie się przypochlebił ;)
Sam zrobił zakwas. Z mąki razowej i wody.
Ja tylko zmieliłam orzechy, dorzuciłam siemię lniane, pestki słonecznika i dyni.
Absolutne niebo w gębie.

Dochodzi północ. Padam z nóg. Dosłownie. Słaniam się na nogach ze zmęczenia.
Po szeregu prań załadowanych, wyjętych, powieszonych, złożonych.
Marzę już tylko o tym, żeby pójść spać.
Zeszyt z listem do Ann - pod stosem książek przy łóżku. Zakurzonych...
Myślę sobie / łudzę się, że od września będzie mi trochę łatwiej.
Chłopcy w szkole, dziewczynki w przedszkolu.
Kawałek dnia będzie tylko mój. Can't wait

Dobranoc :)

środa, 16 lipca 2014

Bo to jest tak:

Stoję sobie i popełniam obiad.
Kurczę grillowane, dodatek skrobiowy i zielona sałata
z jogurtem naturalnym firmy Zott
- dla mnie najlepszy z jogurtów (czy to już lokowanie produktu? ;)
Stoję, robię różne rzeczy, jest piękna niedziela i w trakcie czynności obiadowych
post sam pisze mi się w głowie.


Jest elokwętny żę ho ho, dofcipny i błyskotliwy - a jakże.
Niestety ręce w kurze i ziołach uniemożliwiają natychmiastowe zapisanie owych myśli,
co to po głowie się mi snują.
Myślę sobie - nic to - będę pamiętać, później zapiszę.
Guzik. Chwilę później jest środa, godzina popółnocna a nawet nadranna
- chociaż jaka się opublikuje na blogu - pojęcia bladego nie mam.
Tu jakoś inaczej czas płynie i pokazują się te godziny dzikie zupełnie i nieprawdziwe.
Aż tak po nocach nie przesiaduję. Dziś tylko. I kiedy indziej bywa, że też :)

niedziela, 13 lipca 2014

Nie ogarniam...

...bloggera. Nie on jeden zresztą jest dla mnie nie do ogarnięcia.
Leniwa niedziela. W tle film z gazety. Niezbyt wciągający.
Piterson spakował manatki i wyprowadził się do rodziny zastępczej.
Do kumpla z klasy - znaczysię.


Kuba wymęczył kostkę rubika i trochę nas.
Gerlsy pozwoliły sobie zapleść warkoczyki.
Nie, nie mnie. Takie rzeczy to tylko Kakuś :)

sobota, 12 lipca 2014

Z cyklu: abstrakcyjne rozmowy przy obiedzie

Ja: Piter, wolisz kaszę jęczmienną, czy ryż?
Piotrek (bez choćby cienia uśmiechu): Wolę ryż. Jest bardziej chiński.
A ja kiedyś chcę być Azjatą

???!!!

Poczucie humoru dziwnie podobne po mamusinego ;)

Poranek idealny

...choć już prawie południe.
Mąż sporządza listę zakupów.
Nie jestem pewna, czy mogę Go wymienić z imienia.
A nuż nie zechce wystąpić w moim blogu?


Chociaż skoro piszę średnio co trzy lata, to pewnie nie zrobi Mu to różnicy ;)
Synkowie zgodnie skończyli grę na peesie
i dopisują do listy zakupów kremówki i napoleonki
(jestem silna, nie zjem ani jednej).
Będą też jagodzianki (aż tak silna nie jestem).
Córki nie mogą się zdecydować, czy lepić z ciastoliny, czy puszczać bańki.
Ciastolina cała w płynie. Trudno się nie wpienić ;)

Na pohybel niepamięci!

To, co wydarza się u mnie coraz częściej
- te, no... zaniki pamięci - skłoniły mnie w końcu do pisania.
W przeciwnym razie za 10 lat zapomnę o tylu ważnych rzeczach,
o których jednak wolałabym pamiętać.


Pisanie obarczone jest sporym ryzykiem.
Pewnie będę pamiętać też to, o czym wolałabym zapomnieć.
Albo nie napiszę nic istotnego.
Nic to.
Piszę dla siebie.
Kupamięci.

Obym pisała częściej niż raz na trzy lata ;)