środa, 27 maja 2015

Szlochless

...czyli już bez płaczu

wczoraj byłam niczym fontanna
z piosenki grupy 'Pod Budą'
- trochę zadziwiona, skąd mam tyle łez


dziś wilgotność w normie

przynajmniej oczu

za powietrze nie ręczę
zwłaszcza, że pada i pada

koniec maja już
ciepła misię chce! :)

bo ostatnio to ciepło jest mi głównie na duszy
a i tu nie jestem pewna,
czy nie mylę tych stanów
z atakami gorąca
(wtedy jestem gorącą czterdziestką,
bo normalnie to zaledwie letnią ;)

Dzieci me w liczbie sztuk 4 (słownie: cztery)
wręczyły mi wczoraj przepiękny bukiet kwiatów

(i - żeby była jasność - każdy bukiet od dzieci jest przepiękny)

mój ulubiony 'wazon' - stary dzbanek, który wzięłam z domu rodzinnego
(moja Mama nie mogła się nadziwić, że wolę wziąć 'coś takiego'
zamiast kryształów, które dla mnie trzymała ;)

odkąd Piotrek urósł
(co stało się oczywiście nagle, choć spodziewanie)
to On kupuje kwiaty z okazji różnych

najpierw widzę kątem oka,
jak spiskuje z Ojcem

a później - bach! (nie mylić z Mozartem)
i Matka z zaskoczenia dostaje piękne kwiaty

wczoraj - wiadomo z jakiej okazji

wzruszyłam się jeszcze bardziej
i nie napiszę, że się rozryczałam,
bo przecież ryczałam niemal non stop,
tyle że serce jeszcze mocniej mi zabiło,
kiedy zobaczyłam Ich Czworo
z tymi kwiatami
ze śmiechem w oczach i na gębulach
i z przytulaniem
i w ogóle...

w kwestii kwiatów Piotrek ma szczególny talent

zawsze wybierze naprawdę ładne
i wręczając powie coś takiego,
co... czyni te kwiaty jeszcze piękniejszymi ;)

Kiedyś kupił mi róże na urodziny
różowe
śliczne
cud miód i malina

patrzę na bukiet
dziękuję mężczyznom mym trzem za piękne kwiaty
(dziewczyny jeszcze - jako te anioły - fruwały po niebie)

Piotrek dumny (sam wybrał, sam kupił)
mówi:
- tata kazał mi kupić czerwone,
ale różowe były tańsze

;-D

wczoraj też doceniam głośno urodę bukietu,
na co Piotrek:
- takie tam resztki zostały, nie było z czego wybierać

no i jak tu nie kochać takiego,
kiedy takie piękne resztki do domu przynosi ;)

także ewidentnie dziś już mi lepiej

a i otwierać różnych rzeczy się nie boję

bo w poniedziałek na przykład,
to czegokolwiek nie otworzyłam - tam były wybory
miało to swoje dobre strony
- bałam się otworzyć lodówkę

mimo to cieszę się, że już politycznie jest ciszej

na polityce nie znam się zupełnie
głosuję zazwyczaj na kogoś, komu dobrze z oczu patrzy
a z całego tego zamieszania ostatnich dni
najbardziej podobała mi się cisza przedwyborcza

później ogłoszono wyniki
podniósł się rwetes
i zwiastowano koniec świata, emigrację i inne takie

a ja myślę sobie, że to nie koniec świata
każdy nadal będzie robił to, co do niego należy
i tak jak potrafi

życie popłynie
i jak zawsze - zabierze nas ze sobą

krótko mówiąc - będzie, co będzie
i nie ma co się na zapas martwić

przegrana nie musi oznaczać wielkiej porażki
i to nie tylko w polityce

po sobotnim finale Eurowizji
przeczytałam gdzieś o 'wielkiej porażce Moniki Kuszyńskiej'

jaka porażka???
Monika po prostu nie wygrała
(podobnie jak kilkunastu innych uczestników tego festiwalu)

pojechała,
dobrze zaśpiewała
wyglądała kwitnąco i radośnie
i w niczym nie przeszkodził jej wózek inwalidzki,
na którym jeździ po wypadku

ja tu widzę wyłącznie wielką wygraną
i to, że nie zajęła którejś z wyższych pozycji
nie ma dla mnie żadnego znaczenia

(może gdyby zapuściła brodę... ;)

moja koleżanka Dżo często powtarza,
że życie jest piękne,
jeśli się ma dobrze dobrane
środki antydepresyjne ;)

kiedyś
przez czas jakiś
wspomagałam się jednym takim antydepresantem,
którego nazwy nie pamiętam
(zanim go odstawiłam w cholerę)

widocznie był bardzo mocny i ta chemia jeszcze ze mnie nie wyparowała,
bo ja cały czas i niezmiennie jestem dobrej myśli

cokolwiek by się nie działo

(nie wiem, czy to kwestia chemii
w skutkach ubocznych nic o tym nie napisali)

oczywiście można być i złej myśli
tylko po co?
(że tak za Stanisławem Lemem niedosłownie zapytam*)

*pytanie jest retoryczne
nie trzeba odpowiadać ;)


gołym okiem widać, że do połowy pełna ;)