piątek, 17 lipca 2015

Bezsen

Tradycyjnie już
w noc przed podróżą
nie mogę zasnąć

walizki spakowane
budzik nastawiony na 6.30
(na wypadek, gdyby mewy zaspały)

na balkonie w sąsiednim hotelu
w najlepsze trwa impreza

śmieją się, piją z gwinta
(zapewne wodę mineralną,
bo wieczór taki duszny ;-))

tańce, hulanki, swawole

a ja tłukę się po łóżku
w bezśnie kompletnym

na spacer po plaży
trochę już za późno
ale i za wcześnie

powinnam chyba podróżować dzień wcześniej
albo dzień później,
żeby jakoś ominąć tę dziurę czasową
tuż przed samym wyjazdem

Wieczorem odprawiliśmy rytuał
pożegnania z morzem

polegał on na tym, że skakaliśmy przez fale
do upadłego

Julka i Zuzia piszczały z uciechy
Kuba rzucał się w wodę godnie i bez hałasu
(Piotrek w tym czasie żegnał się z basenem ;-)

woda w morzu była tak ciepła,
że nijak nam się do hotelu wracać nie chciało
zwłaszcza, że czekało nas pakowanie

W końcu jednak trzeba było wyjść z morza
i był to najmniej przyjemny moment dnia

za to moment dość zabawny
miał miejsce rano przy śniadaniu

bo towarzyszyły nam mewy

przyleciały na taras
i - niczym sępy - krążyły nad stołami

jedliśmy śniadanie wewnątrz restauracji
po chwili zauważyliśmy, że jedna z mew
przycupnęła na stoliku tuż za oknem obok nas
i zaczęła wyjadać resztki z talerza

Właśnie przełykała jajko sadzone,
kiedy do stolika podszedł pewien pan
nieco zdenerwowany,
bo jak się później okazało,
zostawił na stole swoje śniadanie
i poszedł po herbatę

kiedy wrócił, z jego śniadania niewiele zostało

rzeczona mewa zawołała również koleżankę,
ale ta już nie zdążyła się posilić,
bo pierwotny właściciel sadzonego jajka
przegnał je obie

jakby w restauracji było nie dość jajek...

'to nie ja byłam mewą...' ;-)
swoją drogą - szacunek dla mewy za wybór menu
jajka sadzone mają tu przepyszne

No dobrze,
impreza balkonowa powoli się kończy

to i ja spróbuję zasnąć chociaż na chwilę

policzę barany, albo jakieś inne zwierzątka...