piątek, 18 listopada 2016

Doroczny dół listopadowy

kilka ostatnich dni miałam naprawdę parszywych
stan mój psychiczny mam tu na myśli

od Marci wróciłam wcześniej niż planowałam
choroby dzieci nie da się zaplanować
a tym bardziej przewidzieć
siła wyższa - wiadomo

Jula na szczęście dość szybko wyszła ze szpitala
zapalenie płuc ugaszone

u Zuzi skończyło się na zwykłym przeziębieniu

Kuba natomiast złapał tak zwaną chorobę bostońską
(mimo iż w Bostonie nigdy nie był)

objawia się ona wypryskami wokół ust, nosa
na rękach i stopach
zdarzają się też afty w buzi i gorączka

Kuba sprzedał swoją przypadłość również Piotrkowi
(no co, z bratem się nie podzieli?)
który we wtorek rano miał 40 stopni gorączki

bałam się, że to angina ropna
bo gardło Piotrkowe okropnie wyglądało
ale gorączka dość szybko ustąpiła

a stan jamy ustnej oraz wypryski na dłoniach i stopach
nie pozostawiły wiele wątpliwości

ich resztę rozwiała przemiła pani doktor
potwierdzając rzeczoną bostonkę

dziwię się w ogóle, że lekarz nie nocował u nas w tym tygodniu
co wyszedł, to zaraz wracał (lub wracała - jeśli to była kobieta)

cała czwórka kuruje się zatem w domowych pieleszach
mając się (ku naszej uciesze) z każdym dniem lepiej

ja za to odnoszę wrażenie,
że ten tydzień trwa już z miesiąc
i jak nigdy marzę o poniedziałku

od czasu do czasu przypominam sobie, że w weekend zjazd
i że nie przeczytałam nic z tego, co sobie zaplanowałam
(wtedy jeszcze bardziej chciałabym, żeby już był poniedziałek)

jakby tego było mało
dół mnie dopadł
chyba doroczny, listopadowy

i kiedy już myślałam,
że nic nie jest mnie w stanie z owego dołu wyciągnąć
i że jakoś muszę w tym dole przeleżeć do wiosny
- zadzwoniła do mnie Beata
i dała telefon Oldze, która ze szczegółami opowiedziała
co właśnie zaszło

było tak:
Beata już z miesiąc temu zadzwoniła do mnie
i z podekscytowaniem zakomunikowała,
że jedzie z dziewczynami (Olgą i Anką czyli) na Ewę Foley
do Łodzi

Ewa Foley to taka polska Louise Hay
kto nie wie, może sobie wygooglać
w wielkim skrócie - dużo pozytywnego podejścia do życia
(potrzebnego zwłaszcza w listopadzie ;)

no i dziś właśnie to spotkanie z Ewą Foley się odbyło
i dziewczyny na nie pojechały
i nawet trafiły na miejsce

były pod wrażeniem ilości autokarów
stojących na parkingu

poszły za wszystkimi do jakiejś sali
tam podano im obiad

i były wielce zadziwione, że dostają obiad
bo niczego takiego w programie nie było

przez chwilę pomyślały nawet,
że spotkanie połączone jest z prezentacją garnków
ale nie
prezentacji garnków nie było
Ewy Foley zresztą też nie

czekały, czekały i nic

otóż okazało się, że przez pomyłkę
wszystkie trzy polazły na imprezę jakiejś fundacji

spotkanie z Ewą Foley odbywało się piętro niżej
o czym rzecz jasna dowiedziały się już po jego zakończeniu

nie wiem, czy w tej opowieści czegoś nie przekręciłam
ale dziewczyny zadzwoniły do mnie z drogi
i o dzisiejszej przygodzie opowiedziały na gorąco

tylko wiecie, czasem trudno wszystko zrozumieć
kiedy ktoś opowiada historię
dusząc się przy tym ze śmiechu :D

natychmiast przypomniała mi się historia,
którą kiedyś opowiadał mi bodaj Paweł Małolepszy
o jakimś jego koledze,
który na weselu przyjaciela tak się nabzdryngolił,
że kiedy wrócił następnego dnia na poprawiny
to też pomylił sale
i do samego końca imprezy nie zorientował się,
że trafił nie na te poprawiny, co trzeba ;)

uwielbiam takie historie

z najnowszych doniesień:
Olga i Anka namawiają Beatę do założenia agencji turystycznej
BEATA TRAVEL
to dla lubiących niespodzianki
jedziesz i nigdy nie wiadomo, dokąd trafisz ;)))

wylazłam z doła

jeszcze tylko otrzepię się z liści
i ostatecznie może sobie już być ten piątek... ;)

nie mam zdjęcia Beaty, Anki i Olgi (zrobię przy najbliższej tarasowej okazji)
zamiast zdjęcia znalazłam rysunek Marty Frej
który tu bardzo pasuje i jeśli chodzi o tę trójkę - wiele wyjaśnia ;)
źródło: Marta Frej / fb (klik)