środa, 29 kwietnia 2015

Kiedyś nas tu nie będzie

nic na to nie poradzę
- czasem dociera do mnie nieuchronność nieuniknionego


a ostatnio jakoś częściej

jak w 'Koniugacji' Haliny Poświatowskiej
'Ja minę ty miniesz on minie mijamy'...
(trochę pomyliłam słowa w tytule
poprzedniego mojego posta)

myślę sobie o tym i nagle dostaję taki tekst od Sabiny:

"What if we simply didn’t meet? If I was dead before you were born? 
Or what if at the same time you were living your whole life in China 
and I had never left Europe?

Our eyes never crossed. Our hands never touched. 

We never exchanged a word. We never made each other laugh nor cry. 
We never made sweet love nor woke up with our bodies tightly intertwined. 
We. Never. Existed. 
And we could, we really could become everything, 
true everything to each other. If we had just met.

So, why do you suffer so much when someone you love goes away? 

At least, you had your chance. Be grateful for it. 
You shared a moment, one night or a whole year, doesn’t matter. 
You. Were. Something. 
And it’s true what they say, everything we love we will leave behind.

But, what about all those friends & lovers we never met nor will ever meet? 

For them, I cry sometimes." - Ines Kotarac  #LateNightThoughts

W moim amatorskim tłumaczeniu 
znaczy to mniej więcej:

'A co, gdybyśmy się po prostu nigdy nie spotkali? 
Gdybym umarła, zanim ty się urodziłeś? 
Albo co, gdybyś w tym samym czasie żył w Chinach
a ja nigdy nie wyjechałabym z Europy? 

Nasze spojrzenia nigdy się nie skrzyżowały. 
Nasze dłonie nigdy się nie dotknęły. 
Nigdy nie wymieniliśmy ani słowa. 
Nie doprowadziliśmy się wzajemnie do płaczu ani do śmiechu. 
Nigdy się nie kochaliśmy ani nie obudziliśmy się z naszymi ciałami 
mocno ze sobą splecionymi
My. Nigdy. Nie istnieliśmy. 
A moglibyśmy, naprawdę moglibyśmy stać się wszystkim, 
prawdziwie wszystkim dla siebie wzajemnie
Gdybyśmy się tylko spotkali. 

Dlaczego więc cierpisz tak bardzo, kiedy odchodzi ktoś, kogo kochałeś?
Przynajmniej miałeś swoją szansę. Bądź za to wdzięczny. 
Dzieliłeś chwilę, jedną noc, cały rok, nie ma znaczenia. 
Wy. Byliście. Czymś. 
I to jest prawda, co mówią: wszystko, co kochamy, zostawimy za sobą. 

Ale co z tymi wszystkimi przyjaciółmi i kochankami, 
których nigdy nie spotkaliśmy i nie spotkamy?
Z ich powodu czasem płaczę' - Ines Kotarac  #LateNightThoughts

Przeczytałam to, co Sabina mi przysłała
i oczywiście popłakałam się
tak mnie to poruszyło 
  
wszystko przez moje różne dolegliwości, 
które z czasem jakby się nasilały:
patologiczny sentymentalizm
chroniczna wrażliwość
przewlekła empatia 
i jeszcze idealizm
w ostatnim już stadium 
- nieuleczalnym

że o przywiązaniu nie wspomnę

Życie gna do przodu, 
a jakaś część mnie nadal naiwnie wierzy
że niektóre rzeczy pozostaną niezmienne

a przecież jedyną stałą w życiu jest zmienna...

dzieci dorosną i pofruną, 
skóra zwiotczeje, 
ludzie przychodzą i odchodzą, 
rzeczy pozostają tylko rzeczami 
pamiątki to też tylko rzeczy
wszystko przemija
(nawet najdłuższa żmija)

niełatwo mi z tym przywiązaniem, 
(zapewne nie tylko mnie)
bo przywiązuję się łatwo i szybko
do rzeczy, do ludzi, do sytuacji

im bardziej się przywiązuję, 
tym trudniej akceptuję zmiany, 
czuję lęk i złość, 
kiedy coś się kończy, albo zmienia
bo przecież nie tak miało być

uczę się więc nie przywiązywać
i przyjmować to, co życie przynosi
bez oceniania
(napisałabym, że to cholernie trudne, 
ale nie chcę oceniać ;)

co i rusz wydarza się coś, 
co bardzo jasno uświadamia mi, 
że jestem tu na Ziemi tylko przez chwilę
(bo czym jest kilka, kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat wobec wieczności)
i że łatwiej jest pozwolić Życiu płynąć swobodnie
przyjmując to, co ze sobą niesie, 
niż zmagać się z nim nieustannie
po to tylko, aby dopasować świat do swoich wyobrażeń 
i upchnąć poszczególne jego części i współmieszkańców
do ciasnych szufladek definicji i koncepcji 
- po to, żeby wiedzieć, rozumieć 

dla mnie to jest naprawdę wyższa szkoła jazdy
bo wiąże się po części z rezygnacją ze swojego ego
i z wątpliwego luksusu posiadania racji

a ja tak lubię ją mieć, 
choć święty spokój o niebo przecież lepszy niż racja
i na szczęście coraz częściej sobie o tym przypominam
czasem w porę,
czasem nieco później...

coraz lepiej mi z tym, że nie wiem
i że tylu rzeczy nie rozumiem
(nie dalej jak w poniedziałek
gadałyśmy o tym z Beatą)


w każdym razie daję sobie do tego pełne prawo
żeby nie wiedzieć właśnie
i nie miotać się gorączkowo
w poszukiwaniu odpowiedzi

nie muszę
nic nie muszę


a z drugiej strony jest ten dręczący głód, 

żeby jeszcze tego się dowiedzieć, 
to poznać, 
spotkać się, 
wyśpiewać, 
książki i internet przeczytać do ostatniej strony...
żeby nic ciekawego mnie nie ominęło

no i wiem, że to niemożliwe, 
żeby wchłonąć to wszystko

i widzę, jaki chaos to powoduje we mnie

mówią, że na początku był chaos
no i tak już chyba zostało ;)

spokojnie, Jakubczak - myślę sobie
cokolwiek się dzieje, 
życie i tak popłynie
i zabierze nas ze sobą
żyj i ciesz się każdą chwilą


właśnie, spokojnie...

czytam więc po raz kolejny tekst Dezyderaty

a kiedy mam mało czasu, 
rzucam okiem na jej skróconą wersję:
 
źródło (klik)


PS. I jeszcze wersja dla ateistów
- choć dla mnie to na jedno wychodzi ;)

źródło (klik)